Dopełnieni – cz. 3 – „bratnia dusza” czy „przeciwność”?

Kontynuuje jeszcze wątek „dopełnienia” w relacji – znalazłem wywiad z Wojciechem Eichelbergerem na ten temat, który przedstawił, starał się odpowiedzieć na pytanie, który związek jest dla nas lepszy – ten z bratnią duszą, czy też jednak z kimś zupełnie przeciwnym do nas?

Oczywiście odpowiedź na to pytanie ma mnóstwo odcieni szarości i nie da się jednoznacznie odpowiedzieć – warto jednak spojrzeć na siebie, na swoje potrzeby i dostrzec, czy w swoich związkach dostrzegam regułę. Czy poszukuję częściej „rozwoju”, czy „świętego spokoju”?

Spójrzmy zatem na gałązkę, a poniżej moje opisy i komentarze:

(Czytamy od dołu do góry)

Na początku, znamy to dobrze, pojawia się silne przyciąganie seksualne – spowodowane innością, nowością, w obszarze fizycznym, intelektualnym, emocjonalnym. Jeśli jest to osoba, która z każdym dniem jest dla nas coraz ważniejsza, to pojawia się myśl, potrzeba, aby rozwinąć się przy tym człowieku – chcemy stać się najlepszą wersją siebie (pisałem o tym we wcześniejszych postach).

Jeżeli tego właśnie szukamy, czy wręcz oczekujemy do relacji, to po pierwszej fascynacji i stanu „rozumienia się bez słów” przyjdzie etap dostrzegania różnic między nami. On jest bardziej agresywny i dąży do autonomii, ona jest spokojniejsza i dąży do relacji, bliskości. Oczywiście są to standardowe role, przyjmijmy dla potrzeb tej analizy, że jest to prawda J

W związku z tym, że jesteśmy tak różnimy od siebie, to naturalnym procesem jest uczenie się od siebie i uzupełnianie swoich braków.

Wg Carla Junga celem mężczyzny jest rozwinięcie w sobie żeńskiej części (anima) – w tym przypadku będzie to empatia, samokontrola. Kobiet zaś powinna rozwinąć swoją męską część (animus) – rozwinąć asertywność i agresję, której celem będzie, między innym, stawianie granic swojemu partnerowi. Rozwinięcie tej przeciwnej dla siebie energii, jest dla nas wzbogaceniem, uzupełnieniem, rozszerzeniem kompetencji – nie chodzi tu o zatracenie swoich naturalnych właściwości.

Jeżeli świadomie wejdą na tę ścieżkę rozwoju, to każdy z osobna zacznie się rozwijać, wzrastać. Z czasem zaczną się upodabniać do siebie, ale oczywiście nie oznacza to utraty niezależności, charakteru, autonomii. Chodzi tu o kwestię taką, że przestaniemy potrzebować partnera do rekompensowania naszych braków – już się ich pozbyliśmy. Oczywiście jest to proces wieloletni. Duża część związków nigdy go nie osiąga i kończą się negatywnym zakończeniem – zależnością w związku lub śmiercią związku (nie oznacza to rozwodu).

W wersji pozytywnej, rozwojowej, partnerzy zaczynają darzyć się bezinteresowną, dopełniającą miłością.

W połączeniu ze stale wzrastającą samoświadomością i samostanowieniem partnerzy stają się coraz bardziej niezależni od siebie i mogą stworzyć w pełni dojrzały, współzależny związek.

Proste i logiczne, nieprawdaż? 🙂

Komu się to udało? Proszę o swoją historię!

 

Dobrze, teraz spójrzmy na inną wersję – spotykamy swoją „bratnią duszę” – rozumiemy się bez słów, mamy te same zainteresowania, te same wartości, te same poglądy, podobne spojrzenie na większość aspektów życia – nie ma więc różnic, tarć, kłótni, wyjścia ze strefy komfortu.

Pan Eichelberger widzi takie konsekwencje:

Mamy tu widoczną tezę, że taki związek praktycznie nie ma szans na sukces. Taki związek może trwać całe życie, ale nie spełni tej jednej, bardzo ważnej, rzeczy – nie rozwinie nas, nie wypełni roli rozwoju osobistego, nie przeniesie nas na wyższy poziom.

Czy w takim razie ma sens? Jeśli tkwimy w nim bo jest nam wygodnie, bo jest nam bezpiecznie, bo boimy się zmian, bo boimy się opuścić swoją strefę komfortu, to pewnie związek taki będzie dobry.

Czy będziemy mieć poczucie stania się „najlepszą wersją siebie”? To już pewnie mniej, ale najważniejsza zasada jest taka, że każdy ma wolną wolę i wybiera to na co jest gotowy.

 

Do refleksji:

  • Czego szukasz, potrzebujesz w swoim związku? Dopełnienia, czy świętego spokoju?
  • Czego ty dajesz od siebie więcej? Rozwoju czy spokoju?
  • Spójrz na swój obecny (lub były) związek – jakie obszary rozwija(ł) w tobie, co jest (było) dla ciebie najtrudniejsze? Dlaczego to?
  • Jeśli chciałabyś innej relacji z obecnym partnerem, to jak byś ją zmieniła? Od czego zaczęła?

 

*opracowanie własne na podstawie artykułu „Kogo warto kochać?”, Zwierciadło 02.2017

Dopełnieni – kierunek rozwoju

W ostatnim poście pokazałem jakie role w związku funkcjonowały kiedyś oraz obecnie i jakie negatywne skutki przynoszą one nam w codziennym życiu.

Dziś czas na pokazanie kierunków rozwoju. Autorka artykułu na podstawie rozmowy z terapeutą pokazuje rozwiązanie, pokazują „stan idealny”. Robiąc gałązkę dostrzegam braki logiczne w tym obrazie, ale sama idea jest na pewno ciekawa i warta przemyślenia oraz próby zastosowania w swoim związku.

Spójrzmy najpierw na mężczyznę.

(Czytamy od dołu do góry)

Jeśli mężczyzna zna siebie, jest świadomy swoich mocnych i słabych stron, zna obszary w sobie, które wymagają rozwoju i jeśli są jasno określone zasady w związku (wspólnie ustalone role, obowiązki) i jeśli kobieta jest w stanie wycofać się z „naprawiania” swojego faceta, to jest szansa, że mężczyzna będzie dojrzale wspierał swoją partnerkę.

Tutaj muszę się zatrzymać na chwilę i skomentować trzy ważne okoliczności.

Po pierwsze „świadomy mężczyzna” – mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju skokiem rozwojowym – facet jest już dojrzały, a teraz tylko pracujemy nad tym, jak dobrze można to dalej rozwinąć. Sytuacja niemal idealna 🙂 Autorka artykułu ani terapeuta, z którym jest wywiad, nie podają rozwiązania jak osiągnąć ten stan – bez niego nie ma zaś dalszej części tej historii. Zostaje nam więc przyjąć za pewnik, ze taki stan jest możliwy – życzę tego wszystkim paniom!

Po drugie „kobieta przestaje naprawiać” – jeśli mężczyzna jest rzeczywiście dojrzały, to naprawianie faceta pewnie już dawno się skończyło, albo było w minimalnym zakresie. Jeśli jednak partner wymagał dużego wsparcia w rozwoju od swojej partnerki, to istnieje duże ryzyko, że wycofanie się w tej chwili kobiety z jego rozwoju będzie bardzo trudne. On praktycznie nie prosi o pomoc, a dodatkowo stawia granice jej wsparcia, ona zaś nie narzuca swojego zdania – możliwe do zrealizowania? 🙂

Po trzecie, „dojrzale wspiera kobietę” – autorzy artykułu wymieniają tu wspieranie kobiety w jej pracy zawodowej, w akceptacji jej kobiecości, daje jej przestrzeń, autonomię, wspiera rozwój. Ogólnie bardzo fajna sprawa.

Wracając do gałązki.

Jeśli kobieta wcześniej wycofała się z „naprawiania” partnera i jeśli on zaczął ją dojrzale wspierać, to jest szansa, że kobieta zacznie dojrzale doceniać swojego mężczyznę. Dostrzega jego wkład w opiekę nad rodziną, docenia jego opiekę nad sobą, dziećmi, domem. Dostrzega jego rozwój osobisty, zawodowy – wszystko to wpływa na to, że pojawia się naturalny zachwyt nad swoim partnerem. Kiedy mężczyzna czuje się doceniany przez swoją partnerkę, to wpływa to jego poczucie sukcesu, bycia dobrym ojcem, głową rodziny. Wpływa to na poczucie autonomii u mężczyzny i powinno pozytywnie wpływać na jego dalszy rozwój.

Kiedy zaś kobieta dostrzega męskość, mądrość, dojrzałość swojego mężczyzny, to czuje się przy nim bezpiecznie, ufa mu, może mu się spokojnie poddać. Gdy on to dostrzeże, poczuje, przyjmie to, a w konsekwencji będzie pewnym siebie „męskim” mężczyzną.

Czemu gałązka ta jest aż tak dobra? Wg mnie głównie dlatego, że praktycznie wszystkie potrzeby mężczyzny będą zaspokojone. A w tym przypadku będą to na pewno:

  • Docenienia
  • Odpowiedzialności za rodzinę
  • Sprawczości
  • Wyzwań
  • Kompetencji
  • Rozwoju
  • Poczucia własnej wartości
  • Szacunku
  • Osiągnięć
  • Zaufania
  • Miłości
  • Wspólnoty

Każdy z nas, gdy ma zaspakajane swoje potrzeby, te „wyższe”, to czuję się szczęśliwy. To zaś wpływa na wysoką motywację wewnętrzną, aby dbać o takie życie rodzinne.

Spójrzmy teraz na kobietę.

(Czytamy od dołu do góry)

Tu mamy takie same założenie wyjściowe – świadoma, dojrzała, pewna siebie kobieta, która wybiera swoją kobiecość – nie wstydzi się jej, nie próbuje być mężczyzną, docenia zalety, walory kobiecości, czerpie ze swojej kobiecości mnóstwo korzyści. Jest to stan praktycznie idealny – tu również nie mamy odpowiedzi od autorów jak to zrobić. Była jedynie sugestia, że ta kobieta, która tak bardzo walczyła o niezależność, zrezygnowała ze swojej kobiecości, jako słabości, teraz świadomie wraca do swojego źródła, akceptuje je i traktuje jako siłę. Przyjmuję, że „to się tak stanie”.

Jeśli kobieta nie marnuje czasu na „obsługiwanie, opiekę” swojego partnera, to może w dużej części skoncentrować się na sobie i rozwijać swoją kobiecość. Jeśli dodatkowo partner docenia to, wzmacnia, to ona dalej może rozwijać siebie, swoją kobiecość.

Jeśli on dostrzega jak ona rozwija się, jak staje się piękniejsza każdego dnia, to ma idealne warunki, aby dalej rozwijać się, aż do stanu pewnej siebie „kobiecej” kobiety.

Czemu ta gałąź jest też taka dobra, idealna? Z tego samego powodu, co wyżej – potrzeby kobiety są zaspakajane:

  • Docenienia
  • Miłości
  • Szacunku
  • Poczucia własnej wartości
  • Zaufania
  • Wspólnoty
  • Bliskości
  • Więzi
  • Dzielenia się swoimi troskami, sukcesami
  • Zrozumienia i bycia zrozumianą
  • Ciepła
  • Otuchy
  • Wzajemności

Oboje partnerzy wzmacniają w sobie to co najlepsze – znika rywalizacja, znika deprecjonowanie, znika zależność. Pojawia się wzajemny szacunek, docenienie, a relacja rozwija się, zmienia we współzależną. Każdy  stanowi samowystarczającą jedność, ale razem przekraczają swoje indywidualne ograniczenia.

Wersja idealna?

Jeśli nawet taka jest, to na pewno warto ją mieć na uwadze – gdy wiemy czego chcemy, jaka jest nasza wizja związku, relacji, to jest duża szansa, że taki stan właśnie osiągniemy 🙂

 

Do refleksji:

  • co możesz zrobić, zmienić w swoim życiu, aby rozpocząć podróż w tym kierunku?
  • Jakie obszary swojego życia chcesz rozwinąć, aby mieć poczucie, że docierasz/rozwijasz swoją kobiecość/męskość
  • Co zrobisz od jutra, aby doceniać swojego partnera?
  • Co przestaniesz robić, aby przestać „naprawiać” swojego partnera?

 

*opracowanie własne na podstawie tekstu p. Renata Arendt-Dziurdzikowska, Zwierciadło 03.2017

Dopełnieni? – cz. 1 – obecna sytuacja

W ostatnim numerze „Zwierciadła” zainspirował mnie artykuł na temat ról kobiety i mężczyzny w związku* – postanowiłem przyjrzeć się temu artykułowi, tej myśli bliżej 🙂

Podzielę ten temat na dwie części. Pierwszą poświęcę omówieniu (krótko) dawnych ról i obecnych oraz negatywnych skutków dla każdej z płci oraz dla relacji – zobrazuję to gałązką oraz połączą z potrzebami (zwłaszcza tymi niezaspokojonymi). W drugiej części pokażę, na podstawie artykułu, obraz przyszłości, kierunek, w którym powoli zmierzamy.

Spójrzmy więc na typowe, chyba na szczęście odchodzące w niebyt role w związku:

Tradycyjne role, każdy wie co ma robić, każdy ma zasoby, aby walczyć z „przeciwnikiem”. Z biegiem czasu chyba żadna ze stron nie czuje się w takim układzie szczęśliwa, spełniona. Na koniec mamy zależny związek, w którym raczej dominuje „przegrana-przegrana” – dominuje obwinianie partnera, myślenie „gdyby tylko się zmienił(a)”, poszukiwanie zadowolenia na zewnątrz związku, trwanie w nim bez jakiekolwiek przyjemności, dla, w sumie, trudno zrozumiałych, powodów. Niestety cały czas dość obecny scenariusz, zwłaszcza poza dużymi miastami. Żadna ze stron nie zaspokaja większości swoich potrzeb, ale nie stanowi to problemu, bo najczęściej nie są świadomi swoich potrzeb – nie potrafią ich nazwać, rozmawiać, walczyć o ich zaspokojenie.

Przyjrzymy się teraz drugiemu scenariuszowi, tradycyjne, jednoznaczne role zaczynają się kruszyć, dochodzi do wymiany, w poszukiwaniu równowagi:

(Czytamy od dołu do góry)

Omówię to w szczegółach. Obie płcie dążą do równowagi, której bardzo brakowało w poprzednim modelu. Emancypacja i edukacja kobiet, walka o własne prawa spowodowały ogromne zmiany społeczne.

Mężczyzna zaczął odkrywać „kobiecą” stronę życia w związku: opieka na dzieckiem, gotowanie, sprzątanie, zakupy, pranie, może nawet prasowanie :). Musiał również zacząć słuchać swojej kobiety – o jej potrzebach, troskach, problemach. Ma być teraz partnerem, przyjacielem, realnym wsparciem dla kobiety. Nazwałem to „kłopotliwa”, bo na razie zdecydowana większość facetów nie potrafi się do końca w tym odnaleźć – nie potrafi pełnić tej roli naturalnie (bo nikt wcześniej ich tego nie nauczył), proszą więc kobietę o bardzo konkretne wskazówki, instrukcje obsługi, rady i polecenia. Nie może być już taki jak dawniej – rola „macho” przeminęła bezpowrotnie, on nie ma już siły finansowej, ani fizycznej, aby czuć się pewnie w relacji. Nie czuje się z tym dobrze – ani przed sobą, ani przed kobietą.

Kobieta zaś od kilkunastu lat odkrywa w sobie ‘męskie’ pierwiastki – umiejętność walki, współzawodnictwa, determinacji, niezależności, samodzielności. Przez ostatnie lata dało to poczucie wolności, autonomii – właściwie pierwszy raz w historii kobieta stała się w pełni niezależna. W końcu ma niezależność finansową, oraz bezpieczeństwo prawne (najczęściej) – jest równa facetowi, nie potrzebuje go do codziennego życia, w sumie bez niego jest może nawet łatwiej.

Wydaje się, że wszystko jest w porządku…no właśnie, czy rzeczywiście?

Spójrzmy najpierw na kobietę.

Kobieta, aby odnosić sukcesy w dzisiejszym świecie musi wejść w „męskie” role, które zostały wymyślone przez mężczyzn i pielęgnowane przez nich, przez setki lat. Musi być więc silna, momentami bezwzględna, piąć się po drabinie kariery, walcząc i strącając napotkanych wrogów. Rywalizacja, ciągłe udowadnianie, że nie jest się gorszym, co w konsekwencji prowadzi do tego, że kobieta robi 150% normy, a i tak nie może przebić „szklanego sufitu”.

Musi zapomnieć o empatii, kobiecej wrażliwości, tworzeniu i pielęgnowaniu relacji w zespole, dzieleniem się troskami, wspieraniem siebie nawzajem, okazywania serca i ciepła – muszą praktycznie całkowicie wyprzeć się swoich potrzeb, które przynależą do „kobiecości”.

To wszystko powoduje, że zaczyna się stawać „męska”: zimna, stanowcza, dążąca po trupach do celu, zaczyna też traktować mężczyzn przedmiotowo, stąd faceci zaczynając coraz częściej nazywać takie kobiety „modliszkami” -pojawia się naturalny lęk przed nimi, niechęć do szczerej i bezpiecznej relacji. Czy kobieta w takiej roli jest szczęśliwa, spełniona? Czy czuje pełne wsparcie od swojego partnera? Czy może sobie pozwolić na chwilę oddechu? Pytania retoryczne…

A co w tym czasie dzieje się z facetem, jego potrzebami?

Siedzą w roli, która na obecnym etapie rozwoju jest dla nich zwyczajnie nienaturalna, potrzebują czasu i kilku pokoleń przekazywanej wiedzy i umiejętności, aby stało się to lekkie i naturalne. W swoich oczach stracili atrybuty „męskości”, pojawiła się pustka, luka, która nie wiadomo jak wypełnić. Czują się niepewni, bo praktycznie cały czas muszą prosić o wskazówki, aby dobrze wspierać swoją kobietę. Kiedy zachowują się tak nieporadnie, to nie otrzymują od kobiet zaspokojenie swoich potrzeb, takich jak: docenienie, szacunek. Brak im poczucia zaspokajania potrzeb w obszarze realizacji ich celów, zadań – nie „zdobywają”, nie walczą ze złymi, nie mają jak pokazać swojej „rycerskości” -nie ma więc uwielbienia od księżniczek. Czy są zatem szczęśliwi? Można tu zadać te same pytania retoryczne, co u kobiety…

Spójrzmy zatem na gałąź negatywną, która pokazuje nam cały związek:

 

Nie będę tłumaczył całej gałęzi, bo większość opisałem powyżej – ale widać tu jak to wszystko ze sobą jest powiązane.

Słowo komentarza do dwóch boxów – „pogarda” i „opór i wycofanie faceta”

Kobieta nie musi tego robić celowo, świadomie – tu chodzi chociażby o stwierdzenia, zachowania, w stylu „to mój nieporadny miś” – jest tu element kastracji, braku szacunku, aż po niewypowiedzianą pogardę. Mężczyzna czuje to podświadomie (często świadomie) i dlatego przyjmuje postawę obronną/atakująca – wycofuje się chociażby z seksu, czy z innych, typowych „męskich” ról.

W efekcie mamy obecnie sytuację, że mamy coraz więcej partnerskich związków, o które jakoś tam walczyliśmy, ale po drodze coś zgubiliśmy…obie strony nie czują zaspokojenia swoich potrzeb…jest więcej frustracji, znów obwiniania drugiej strony, poczucia braku szczęścia i spełnienia.

 

W następnym poście pokażę sposoby rozwiązania tej trudnej sytuacji, rozwoju indywidualnego oraz relacji.

 

*opracowanie własne na podstawie tekstu p. Renata Arendt-Dziurdzikowska, Zwierciadło 03.2017

Rozterki Matki-Polki – 2

Po dłuższej przerwie wracam, chcę dokończyć, historię z wpisu o rozterkach „Matki – Polki” – http://dbajopotrzeby.pl/2016/11/rozterki-matki-polki-1/

W historii tej było widać wyraźny wewnętrzny konflikt, dylemat – zdecydować się na drugie dziecko czy wracać do pracy. Dziś postanowiłem więc przedstawić analizę tego konfliktu, przyjrzeć się mu z każdej strony.

 

Moim celem jest moje szczęście. Aby to osiągnąć potrzebuję miłości, rozwoju i szczęścia w rodzinie,  dlatego też chcę teraz skoncentrować się tylko na rodzinie. Ale z drugiej strony osiągnę własne szczęście jeśli zaspokoję swoje potrzeby wolności, rozwoju osobistego i zawodowego, dlatego też chcę wrócić do pracy, skoncentrować się na sobie.

Konflikt wydaje się trudny, może wręcz niemożliwy, do rozwiązania. W takiej sytuacji trzeba skupić się na potrzebach – jak mogę zaspokoić je jednocześnie. Czy jest to w ogóle możliwe?

W sytuacji gdy wydaje nam się, że nie ma żadnych możliwości, aby połączyć „ogień z wodą” to musimy przyjrzeć się założeniom, które są ukryte za potrzebami. Jest ich mnóstwo ukrytych, połączonych jeszcze z przekonaniami, które dotyczą roli matki, rolą „gospodyni”, rolą „dobrej żony”.

W tym przypadku skupię się tylko na założeniach dotyczących tylko tego tematu, a przekonaniami – tymi i wieloma innymi – zajmę w osobnym cyklu.

Założenia stojące za miłością, powiększeniem rodziny i szczęściem rodzinnym

  1. Jesteśmy z mężem coraz starsi, teraz albo wcale naprawdę?
  2. Tylko drugie dziecko spowoduje, że będziemy pełną i szczęśliwą rodziną – naprawdę?
  3. Mogę pozwolić sobie na drugie dziecko tylko teraz gdy jestem jeszcze młoda
  4. Jeśli wrócę do pracy to nie będę już mogła/chciała mieć drugiego dziecka (zagrozi to mojej pracy/rozwojowi)
  5. Drugie dziecko zdejmie ze mnie konieczność bycia 24/7 dostępnej dla pierwszego dziecka (wspólne zabawy)

 

Wszystkie z nich są półprawdami – zgadzacie się ze mną? Jednak to są założenia ograniczające, nie pozwalają mi na pójście do przodu, utknęłam i nie potrafię się z tego uwolnić.

Musimy zatem przemienić je w założenia otwierające:

  1. Dziś duża część osób zostaje rodzicami w późniejszym wieku – to zależy od ducha i serca
  2. Tylko pełne zaangażowanie, troska i uważność daje szanse na szczęśliwą rodzinę
  3. W tej chwili moje ciało odmawia drugiego dziecka. Mogę dbać o swoje zdrowie przez kolejne lata, aby być zdrową i gotową za kilka lat
  4. Mogę pracować w ciąży, nie obawiam się utraty pozycji 
  5. Ustalę z mężem podział obowiązków oraz, że zainwestuję w nauczenie dzieci wspólnego przebywania ze sobą

Jaki wniosek płynie z tych nowych założeń?

Po pierwsze, „nie taki diabeł zły, jak go malują” – częste mamy w głowie wiele lęków, obaw, które okazują się zwyczajnie nieprawdziwe, wyolbrzymione, nie na miejscu. Po drugie, ważniejsze jest co mogę zrobić dziś i jutro – a najważniejsze to rozwój osobisty, rozwój komunikacji z mężem, dbanie o własne ciało, swoje zdrowie.

Jak przyjdzie czas, gotowość ciała i duszy, to wszystko zadzieje się zgodnie z naturą. W tym przypadku nie ma co kontrolować, planować, trzymać się sztywno wyznaczonych celów – dobrze wiemy, że życie prowadzi nas własnymi scenariuszami,  że zwykłe odpuszczenie jest najlepszym lekarstwem na spokój, szczęście.

 

To teraz przyjrzyjmy się drugiej stronie konfliktu, naszymi założeniom, za tym, aby postawić na karierę:

Założenia ograniczające:

  1. Praca da mi wolność, kontakt z ludźmi, zawieszenie się na pracy – naprawdę?
  2. Tylko pójście do pracy gwarantuje mi poczucie wolności, autonomii – naprawdę?
  3. Praca (zarabianie) da mi możliwość dokładania się do budżetu domowego
  4. Możliwość powrotu do aktywności fizycznej, tańca da mi poczucie wolności, niezależności
  5. Tylko koncentrując się na sobie ( w końcu) mogę poczuć się spokojna, zaspokoić swoje potrzeby, poczuć szczęście

 

Tutaj założenie nr 3 jest prawdziwe, nie będziemy go zmieniać. Pozostałe jednak założenia są znów półprawdami. Musimy więc zmienić je na otwierające;

  1. Najpierw muszę upewnić się, czy ta praca da mi te korzyści, możliwości
  2. Praca w niepełnym wymiarze czasu też da mi poczucie pozytywnej zmiany
  3. (Puste)
  4. Aktywność sportową mogę wykonywać w ciągu dnia (dziecko z opiekunką) lub wieczorami (mąż)
  5. Koncentracja na sobie, ale i na rodzinie da mi pełne spełnienie i szczęście

Jakie wnioski płyną z tych założeń otwierających?

Mamy często tendencje do przechodzenia ze skrajności w skrajność – mama na pełen etat, to teraz praca na pełne eta. Czy rzeczywiście to jest jedyny sposób?

Z tych założeń wynika, że może znów trochę odpuścić i dać sobie trochę przestrzeni. Mamy teraz rynek pracownika mogę więc wybrać dobrą, może najlepszą pracę dla mnie w tym momencie. Taką, która rzeczywiście zaspokoi moje potrzeby rozwoju zawodowego, ale przede wszystkim taką, która da mi więcej autonomii, przestrzeni na opiekę nad dzieckiem, rodziną. Praca na pół etatu, może własna działalność gospodarcza – jeśli jestem specjalistą, to nie powinnam mieć problemów ze zleceniami. W ciągu dnia – mam opiekunkę – zajmę się swoją formą fizyczną, będę mogła też zając się własnym rozwojem – czytanie, szkolenia, kursy, spotykanie się ludźmi.

 

Ta chmurka, te założenia są oczywiście bardzo indywidualne, dotyczą jednej, konkretnej osoby. Zdaję sobie sprawę, że temat ten jest dużo bardziej obszerny, ma mnóstwo niuansów, okoliczności, które trzeba wziąć pod uwagę. Zachęcam zatem do spokojnego przemyślenia, obu stron konfliktu, skoncentrowania się zwłaszcza na założeniach (i przekonaniach), bo to one bardzo mieszają nam w głowach.

Kierujcie się sercem, to w takich sytuacjach zawsze najlepsze rozwiązanie 🙂