Teściowa vs synowa – kilka słów o nim cz. 2

W poprzednim poście skoncentrowałem się na mężczyźnie, jego konflikcie czy wybrać matkę czy żonę. Nie jest to łatwy wybór, ale poziom skomplikowania jest u mężczyzny dużo mniejszy niż pomiędzy teściową a synowa.

Dziś druga(dolna) strona konfliktu oraz rozwiązanie

 

Aby być szczęśliwy i spokojny to potrzebuj autonomii, poczucia sprawstwa, odpowiedzialności za własną rodzinę, bycia dorosłym, bycia docenianym przez żonę. Aby to spełnić muszę odejść od matki i stworzyć własny związek.

Z drugiej strony, aby być szczęśliwy i spokojny to potrzebuję matczynej miłości, jej akceptacji, dobrych relacji teraz i na przyszłość, babci dla moich dzieci, pełnej rodziny. Aby mieć zaspokojone te potrzeby muszę być w dobrej, stałej relacji z matką.

 

Spójrzmy więc na analizę założeń. Przeanalizujmy część związaną z pozostaniem w dobrej relacji z matką.

Założenia ograniczające – czyli takie, które mam w tej chwili, które ograniczają moje myślenie i działanie:

  1. Tylko będąc w bliskiej łączności z matką będę czuł się przez nią akceptowany – naprawdę?
  2. Tylko pozwalając jej na ingerowanie w moje małżeństwo otrzymam od niej miłość – naprawdę?
  3. Tylko będąc z nią w bliskim kontakcie będę miał pewność, że długo utrzymamy dobre relacje
  4. Tylko pozwalając matce na obecność w moim małżeństwie zapewnię moim dzieciom dobrą babcię
  5. Tylko pozwalając ingerować matce w moje małżeństwo zapewnię sobie miłość obu kobiet

 

Ta część wymaga bardziej szczegółowego omówienia, zatem spójrzmy na założenia syna bardziej szczegółowo:

Ad. 1 – nieprawda, dlaczego? Nasza relacja z matkę wcale nie musi być bardzo bliska. Ważniejsza jest jakość jaką damy. Mamy już własną rodzinę, to ona (żona) powinna być na pierwszym miejscu.

Ad. 2 – nieprawda, dlaczego? Matka nie ma praktycznie żadnych praw ingerowania w nasze małżeństwo, chyba że ją o to poprosimy. Miłość jest (powinna być) bezwarunkowa ze strony matki. Jeśli stawia warunki akceptowania nas, to warto się zastanowić, czy to jest dobra relacja.

Ad. 3 – nieprawda, dlaczego? Nie mamy żadnej gwarancji, że tak się stanie. Podobnie jak w pkt 1 – ważniejsza jest jakość tej relacji, a nie jej częstotliwość i „pełna otwartość” do przekraczania granic.

Ad. 4 – nieprawda, dlaczego? Babcia sama musi zadbać o relacje z własnymi wnukami. My tylko powinniśmy stworzyć dobre warunki, ale miłość babci znów nie może być warunkowana.

Ad. 5 – nieprawda, dlaczego? To jest niestety dość częste „rozwiązanie”, ale jak już pokazałem w pierwszym poście w tym temacie, ono jest praktycznie najgorsze, żadna z kobiet nie będzie czuła się wybrana, zaakceptowana.

 

Nie jesteśmy bezradni w takiej sytuacji, można stworzyć nowe założenia, nowe drogi rozwiązania:

  1. Jest wiele sposobów, aby być akceptowany przez matkę
  2. Miłość jest (powinna być) bezwarunkowa
  3. O dobre relacje muszą dbać obie strony, bez przekraczania cudzych granic
  4. Babcia sama musi zadbać o dobre relacje ze swoimi wnukami, bez stawiania warunków
  5. Aby miłość i szacunek były w rodzinie, to trzeba poszanowania indywidualnych granic

 

Reasumując, rozwiązaniem jest spokojne przeanalizowanie bieżącej sytuacji i podjęcie kroków mających na celu stawianie granic, opowiedzenie się po jednej stronie (raczej żona), i zadbanie o jakość relacji z matką, będąc jednak konsekwentny w stosunku do niej.

 

Jak to może wyglądać? Przygotowałem specjalną gałązkę 🙂

Po pierwsze mężczyzna jest odpowiedzialny za rodzinę, którą buduje a nie z której się wywodzi. Dlatego też nie porównuje żony z matką, dba o potrzeby bezpieczeństwa swojej żony. Jednocześnie powinien zbudować dobre relacje z matką – porozmawiać z nią i zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa. Jednocześnie bardzo jasno określić granice, które matka musi uszanować. Dotyczy to wielu obszarów, ale te które są najczęściej przekraczane, to niezapowiedziane wizyty, wtrącanie się w konflikty pomiędzy małżonkami, ingerencja w wychowanie dzieci. W tych obszarach matka (teściowa) praktycznie musi całkowicie się wycofać. Syn, mężczyzna, powinien też zawsze brać na siebie rozwiązywanie konfliktów z własną matką (nie zrzucać tego na żonę).

Jeśli to wszystko uda mu się zrealizować, to powinien osiągnąć sukces, trzymać matką z dala od swojego związku. Jeśli będzie konsekwentny to na pewno otrzyma wdzięczność ze strony swojej żony, a z czasem zrozumienie ze strony swojej matki. Jeśli teściowa trzyma się od ingerowania w sprawy żony (w ujęciu tradycyjnym – prowadzenie domu, wychowywanie dzieci), to jest duża szansa, że synowa będzie okazywała wdzięczność teściowej, zaspokoi jej potrzebę niesienia pomocy, wsparcia, docenienia.

Dzięki temu powinno udać się osiągnąć spokój, dobre relacje w całej rodzinie. Spotkania świąteczne, uroczystości rodzinne będą miłe, przyjemne, lekkie dla wszystkich uczestników. Czego wszystkim Wam bardzo życzę J

 

W kolejnym poście zajmę się konfliktem teściowa vs synowa – tu jest wiele niuansów, wiele fascynujących sytuacji.

 

Do refleksji:

  • Jak przebiega twoja rozmowa z matką?
  • Czy potrafisz nakreślić precyzyjną granicę dla swojej matki?
  • Co zrobisz, jeśli matka będzie cały czas przekraczała granice, które jej wskazałeś?
  • Czy dokonałeś już wyboru pomiędzy żoną a matką? czy wybrałeś inaczej? Jeśli tak, to dlaczego?
  • Co mógłbyś polecić innym? Jak można rozwiązać taki konflikt w inny sposób?

 

Teściowa vs synowa – kilka słów o nim

W pierwszej części cyklu nakreśliłem ogólny temat, wyzwanie, problem. Post miał wiele komentarzy i dużo odsłon, co tylko potwierdziło moją tezę, że temat jest naprawdę trudny – warto więc się nad nim głębiej pochylić.

Dziś zajmę się mężczyzną w tym specyficznym trójkącie. Wydaję mi się, że jego sytuacja jest najprostsza, albo inaczej – najmniej skomplikowana.

Jego sytuacja na pewno nie jest do pozazdroszczenia, ale to co jest istotne to fakt, że właściwie ma tylko dwie drogi, ścieżki.

Pierwsza to…gdy nie potrafi wyrwać się od zależności względem matki. Nie będę tu poszukiwał powodów dlaczego się tak dzieje, to już praca do indywidualnej terapii. Ważne jednak, aby zdać sobie z tego sprawę – na pewno świadomość takiej zależności ma synowa 🙁

 

Nie ma tu za bardzo czego analizować – wszystko widać jak na dłoni. Są rodziny, które potrafią tak funkcjonować latami. Koszty emocjonalne takiego konfliktu muszą być ogromne. Rozejrzyjcie się dookoła i zobaczcie ilu z waszych znajomych, z rodziny ma taką sytuację…ciekawy jestem jak dużo…

Częstym „rozwiązaniem” spotykanym w takich rodzinach jest unikanie tematu, czyli zwyczajnie o tym nie rozmawiamy. Wszyscy jednak dobrze wiemy, że nie jest to rozwiązanie konfliktu 🙁

 

To spójrzmy teraz na inną, drugą wersję, którą ma do dyspozycji mężczyzna.

Tu właściwie sytuacja też jest prosta, nie ma zbyt wiele niuansów i wielu rozwiązań. Na końcu matka (teściowa) odpuści, albo do końca życia pozostanie w konflikcie. Ta druga wersja najczęściej łączy się z tworzeniem koalicji w rodzinie przeciw i podziałowi rodziny na tych co za i przeciw. Jeśli teściowa odpuści, to jest szansa, że po kilku latach rodzina będzie funkcjonowała w komplecie, w miarę dobrych relacjach (czym mniej spotkań tym lepiej 🙂 ).

 

Reasumują, mamy jeden poważny konflikt do przeanalizowania, który dręczy mężczyznę :

 

Aby być szczęśliwy i spokojny to potrzebuję autonomii, poczucia sprawstwa, odpowiedzialności za własną rodzinę, bycia dorosłym, bycia docenianym przez żonę. Aby to spełnić muszę odejść od matki i stworzyć własny związek.

Z drugiej strony, aby być szczęśliwy i spokojny to potrzebuję matczynej miłości, jej akceptacji, dobrych relacji teraz i na przyszłość, babci dla moich dzieci, pełnej rodziny. Aby mieć zaspokojone te potrzeby muszę być w dobrej, stałej relacji z matką.

Jakie rozwiązanie? Sytuacja wydaje się trochę bez wyjścia…

Spójrzmy więc na analizę założeń.

Najpierw na obszar związany z odejściem do matki, stworzeniem własnego, niezależnego związku

 

Założenia ograniczające – czyli takie, które mam w tej chwili, które ograniczają moje myślenie i działanie:

  1. Tylko odchodząc od matki będę miał poczucie wolności, autonomii – naprawdę?
  2. Tylko odchodząc od matki będę miał poczucie, że osiągnąłem coś samodzielnie – naprawdę?
  3. Tylko odchodząc od matki mogę wykazać się odpowiedzialnością za swoją własną rodzinę
  4. Tylko odchodząc od matki mogę pokazać, że nie jestem już „synkiem mamusi”, że jestem już dorosłym człowiekiem
  5. Tylko odchodząc od matki pokażę żonie że jestem silny i zostanę za to doceniony przez żonę

 

Następnym krokiem jest sprawdzenie czy są prawdziwe:

  • Pełna prawa, zawsze prawda – (+ + )
  • Czasami prawda – ( – +)
  • Całkowita nieprawda – (- -)

 

Wszystkie te założenia są nieprawdziwe – często mamy tego rodzaju myśli (argumenty „logiczne”), które trzymają nas w poczuciu „nie mam wyjścia”, „nie da się”. Praktycznie każdy z nas ma takiego rodzaju myśli, wątpliwości. Ważne jest, aby zdawać sobie z tego sprawę, wyartykułować te myśli i skonfrontować je, czy są prawdziwe, aktualne.

Nie jesteśmy bezradni w takiej sytuacji, można stworzyć nowe założenia, nowe drogi rozwiązania:

  1. Mogę pokazywać swoją wolność i autonomię na różnych polach
  2. Jest wiele możliwości, gdzie mogę pokazać swoją sprawczość, zaradność
  3. Jest wiele miejsca i czasu, aby pokazać, że jestem odpowiedzialnym mężczyzną
  4. Mogę znaleźć wiele sposobów, aby pokazać swoją niezależność i siłę.
  5. Jest wiele sposobów, aby uzyskać docenienie od własnej żony

Reasumując, nie trzeba podejmować decyzji o żadnych dramatycznych krokach. Ważne jest, abyśmy przestali funkcjonować w „czarno-białej” rzeczywistości, bo to jest nieprawdziwy obraz. Mężczyzna może udowodnić swoją niezależność, dorosłość na wiele różnych sposób – nie trzeba od razu zrywać kontaktów z matką. Poważna rozmowa jest jedynym słusznym działaniem.

 

Tu zrobię przerwę, jest już sporo materiału do refleksji. W kolejnym poście pokażę drugą część tego konfliktu oraz rozwiązanie, które może zastosować mężczyzna, aby dobrze zakończyć swój konflikt i konflikt w rodzinie.

 

Do refleksji

  • Jakbyś się zachował w takiej sytuacji?
  • Co chciałbyś osiągnąć w rozmowie z mamą?
  • Jakbyś poprowadził taką rozmowę z mamą?
  • Jeśli miałbyś się do kogoś zwrócić o pomoc, to kim byłaby to osoba i o co byś poprosił?
  • Co mógłbyś doradzić komuś, kto właśnie jest w takim konflikcie?

Teściowa vs. synowa

Podczas swoich szkoleń doświadczam coraz częściej sytuacji, że przynajmniej jedna, dwie osoby w grupie (kobiety) analizują swój konflikt z teściową. Emocje, które towarzyszą na początku ich analizy – złość, frustracja, nienawiść, agresja – jest tak intensywna, że aż zastanawiająca dla mnie. Zacząłem więc mieć „oczy i uszy otwarte’ na ten temat i widzę, że problem jest bardzo duży, dotyka wiele, wiele osób, ale z drugiej strony jest otoczony raczej zasłoną milczenia, taka typowa „tajemnica poliszynela”. Wszyscy praktycznie tego doświadczają, wszyscy praktycznie wiedzą, ale nikt o tym nie rozmawia. Dlaczego?

Postanowiłem więc zmierzyć się z tematem – to mój 50-ty post – mała rocznica, temat idealny, aby uczcić taką okazję 🙂

W związku z tym, że temat jest naprawdę obszerny, wielowątkowy i zwyczajnie trudny, to będzie to cykl, składający się z kilku odcinków (ok 4-6). Dziś przedstawię ogólny zarys problemu, a potem, w kolejnych postach, przyjrzę się tej sytuacji z każdej strony:

  1. Męża
  2. Żony
  3. Matki (teściowej)

 

Teoretycznie wszystko powinno przebiegać prosto, naturalnie, przyjemnie. Dojrzały mężczyzna, który chce stworzyć dojrzały związek musi opuścić swój rodzinny dom – raczej fizycznie, a na pewno emocjonalnie. Jeśli jeszcze rodzice, zwłaszcza matka, dojrzale pozwala na odejście swojego syna, to mamy samodzielny, niezależny związek młodych ludzi.

 

W praktyce taka sytuacja jednak ma miejsce dość rzadko. Kiedy syn nie ma zdrowej relacji ze swoją matką to problem ma cała trójka, i to na długie lata.

Relacją syn-matka zajmie się w kolejnych wpisach, teraz spójrzmy na ogólny obraz sytuacji. To jest oczywiście dużo uogólnienie, ale mam nadzieję, że te osoby, które doświadczyły tych stresów odnajdą siebie w tej gałązce.

Początek mamy ten sam – mężczyzna chce stworzyć dojrzały związek – ale jeśli matka (teściowa) nie jest gotowa na „puszczenie” syna, to zaczynają się schody. Żona potrzebuje samodzielnego mężczyzny, matka zaś potrzebuję (prawdopodobnie) nadal poczucia przynależności, bliskości, może miłości z synem. W takiej sytuacji mamy dwie kobiety w związku, to nie może dobrze się skończyć

Potrzebą żony będzie autonomia, aby stworzyć samodzielny, niezależny od nikogo związek – będzie wiec oczekiwała od męża konkretnych kroków, aby odciąć się od matki. W związku, w którym jest jeszcze teściowa, małżonkowie na pewno nie odczuwają poczucia wolności, bezpieczeństwa, spokoju.

 

Sytuacja mężczyzny nie jest łatwa – musi wybrać miedzy dwiema kobieta, które kocha: jedna go urodziła, druga ma przynieść na świat jego dzieci. Tu każdy wybór jest zły, ta sytuacja – konieczność wyboru – jest niedobra sytuacją dla całej trójki i nie powinno do niej w ogóle dojść.

Mężczyzna będzie więc prawdopodobnie zwlekał z podjęciem ostatecznej decyzji, czym wprawi w irytację obie kobiety i spowoduje, że w pewnym momencie on zostanie pominięty, a wojna rozgorzeje pomiędzy obiema paniami.

Wojna ta może mieć miejsce na wielu obszarach – zajmę się tym więcej w postach poświęconych poszczególnym osobom tego ciekawego trójkąta 🙂

Żona, która widzi, czuje, że jej mąż nie stanie po jej stronie oczywiście ma wiele przykrych odczuć, emocji. Wiele jej potrzeb w tej chwili nie jest zaspakajanych, najważniejsza z nich to bezpieczeństwo. Jeśli ten stan będzie trwał przez miesiące, a bardziej przez lata, to taka sytuacja na pewno odbije się bardzo negatywnie na ich związek.

To samo dotyczy matki – ona też czując zagrożenie, będzie stosowała różnego rodzaju sztuczki – bądź co bądź zna swojego syna doskonale, wie gdzie uderzyć, żeby zabolało. Lęk przed odrzucenie ze strony rodzica należy do tych egzystencjalnych, istnieje więc prawdopodobieństwo, że mężczyzna będzie bardziej reaktywny na działania matki.

W takiej sytuacji wszyscy przegrywają, wszyscy cierpią, wszyscy nie znajdują spokoju, szczęścia. Jeśli trwa ona wiele lat, to wydaje się sytuacja bez wyjścia – zakończyć ją mogą odejście synowej, śmierć teściowej, albo ucieczka mężczyzny do innej, nowej kobiety.

 

Do refleksji:

  • Jeśli jesteś w takiej sytuacji, to jakie kroki już podjęłaś, lub jakie podejmiesz?
  • Gdybyś mogła cofnąć czas, to co teraz zrobiłabyś inaczej? W którym momencie?
  • Co byś powiedziała koleżance gdybyś widziała, że wchodzi w taką relację?

 

 

Trójkąt zwycięzców

W poprzednim wpisie przybliżyłem temat „trójkąta dramatycznego”, w którego wchodzi duża część osób, podczas różnych etapów swojego życia. Na te zachowania możemy patrzeć w skali mikro – ja, moja rodzina, przyjaciele, ale też w skali makro – dyskusje w necie, zachowania polityków, itp.

Przypomnę tylko, że te trzy role mogą dotyczyć tylko jednej osoby, wtedy wygląda to mniej więcej tak;

Chciałem jedynie pomóc (wybawca), a oni odwrócili się ode mnie (ofiara), więc musiałem się bronić (prześladowca)”. Prześladowanie jest zawsze usprawiedliwiane jako obrona konieczna, mimo, iż jest to rola, której najczęściej zaprzeczamy bo kto jest w stanie przyznać się, że źle traktuje innych ludzi?

Może też dotyczyć różnych osób, które wchodzą najczęściej w jedną, „ulubioną” rolę:

  • Wybawcy – ratowania innych, aby poczuć się potrzebnym
  • Prześladowca – zaspokaja potrzeby stosując metody autorytarne – kontrola i kara
  • Ofiara -udowadniania innym i sobie, że nie ma zdolności do samodzielnego rozwiązywania swoich problemów.

 

Żadna z tych osób nie czuje się w pełni szczęśliwa w tej roli. Jak więc wyjść z tej roli, zmienić swoje zachowania, życie?

Zacznijmy od Ofiary

 

Potrzebny jest stan zmęczenia dotychczasową rolą oraz świadomość w czym się tkwi. TO pozwoli uruchomić pozytywne działania, związku przyczynowo-skutkowe, które powinny być uzdrawiające.

Jeśli do stanu świadomości dojdzie poczucie, że mogę, ale nie muszę prosić o pomoc, to jak wspomniałem może się pojawić gotowość do zmian. Jeśli zacznie coraz częściej łączyć się z sobą i identyfikować swoje emocje oraz zacznie dostrzegać, że jest coraz bardziej świadoma swoich emocji, to zacznie wyciągać wnioski w jakich obszarach i w jakich sytuacjach potrzebuje zmian. Jeśli zaczyna najpierw szukać rozwiązania w sobie, jest świadoma swoich potrzeb, to coraz częściej ma dostęp do „Ja-Dorosły” (jako ofiara jest w trybie Ja-Dziecko). Jeśli jest świadomy w jakich sytuacjach cierpi i z jakimi sytuacjami nadal nie radzi sobie w życiu, to zaczyna budować umiejętność samodzielnego rozwiązywania swoich problemów. Może to zrobić poprzez samodzielna pracę, oraz w pracy z terapeutą (prawdopodobnie szybsze i lepsze efekty). Wraz ze swoim rozwojem dojdzie do stanu, gdzie będzie świadoma jak zaspokajać swoje potrzeby, rozwiązywać swoje problemy. Z ofiary staje się WRAŻLIWĄ osobą – świadoma ale już samodzielnie radząca sobie z trudnościami.

Jak widać, taka zmiana nie stanie się z dnia na dzień – nie ma drogi na skróty. Proces rozwoju osobistego zajmuje czas i dość często dużo kosztuje – ale nagroda na końcu jest warta tej całej pracy. Zmieniamy swoje życie na świadome, spełnione, szczęśliwe J

 

Czas na Wybawcę

 

Jeśli Wybawca zmęczony już jest pomaganiem innym, i jeśli rozumie, że są inne sposoby, aby poczuć się wartościowym człowiekiem oraz co raz bardziej jest uważny na własne potrzeby, to przede wszystkim przestaje pomagać bez poproszenia o to. Jeśli zaczyna być asertywny, świadomie powstrzymuje bodziec niesienia pomocy, to z czasem zaczyna szanować dawną Ofiarę, a teraz Wrażliwego. Jeśli dostrzega, rozumiem, ze Wrażliwy może samodzielnie rozwiązywać swoje problemy, i jeśli ufa, że w sytuacji dużego kryzysu Wrażliwy sam poprosi o pomoc, to zaczyna się proces uważnego słuchania, rozumienia i szanowania Wrażliwego a sam Wybawca zmienia się w Opiekuna.

Czyli znów proces stopniowego wychowania ze swojej starej roli, wraz ze wzrostem swojej świadomości, powstrzymania konieczności natychmiastowego reagowania, skoncentrowania się na sobie, swoich potrzebach, odnalezienia innych sposobów, aby poczuć się dobrze.

 

Przyjrzyjmy się ostatniej roli – Prześladowcy

Prześladowca, również zmęczony swoją rolą, gdy rozumie, że autorytarne działania są nieefektywne i kosztowne dla niego samego, zaczyna być otwarty na koncentrację na siebie, na zaspokajanie w pierwszej kolejności swoich potrzeb. Zaczyna być bardziej empatyczny, przestaje karać, zaczyna z czasem rozwijać w sobie asertywność i zmienia się w Asertywnego.

 

Reasumując wszystkie trzy zmiany – przede wszystkim koncentracja na sobie, na swoich potrzebach, świadomość pewnych mechanizmów i zatrzymanie się przed automatycznym zachowaniami. Rozwój osobisty, praca nad swoimi ograniczeniami, praca własna lub pod okiem terapeuty. Jest wiele dróg, sposobów, aby zmienić swoje życie na lepsze, przejąć odpowiedzialność za własne czyny.

 

Trójkąt dramatyczny

W swoich poszukiwaniach zrozumienia psychiki ludzkiej znalazłem ostatnio „model”, który bardzo ciekawie, a przede wszystkim trafnie opisuje nasze zachowania, postawy względem innych ludzi, zwłaszcza tych bliższych. Opisuje i wyjaśnia nam nasze własne zachowania, postawy – od Wybawcy, poprzez Prześladowcę, aż do Ofiary. Model ten to „Trójkąt Dramatyczny Karpmana”.

Dotyczy on przede wszystkim osób, które mają łatwość wchodzenia w relacje współuzależniające  – będą tu choćby DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików). W Polsce to dość duża grupa niestety, mam tu na myśli nie tylko tych co mają to oficjalnie zdiagnozowane. Analizując model można dojść do wniosku, że dotyczy on zdecydowanej większości z nas. Trzeba być bardzo świadomym, dojrzałym człowiekiem, aby nie powielać tych zachowań.

Zachęcam zatem wszystkich do lektury – przygotowałem trzy gałęzie opisujące mechanizm. W następnym wpisie podam rozwiązania.

 

Wybawca

 

Jeśli masz w sobie ten rys oraz lubisz pomagać innym, to na pewno się zdarzyło, że starasz się pomóc bliskiej osobie – to może być ktoś z rodziny (mąż, dziecko), czy też bliska przyjaciółka. Znamienne jest to, że zaczynasz pomagać nieproszona o pomoc. Dlaczego? Bo istnieje jeszcze sfera nieuświadomiona, która determinuje nasze zachowania – w tym przypadku może być wiele czynników, takich jak: niska samoocena i chęć jej podniesienia poprzez pomoc, potrzeba bycia docenionym, może poczucie winy względem tej osoby, a może poczucie wyższości, pycha i własna arogancja – „co byście zrobili beze mnie?”

Kiedy mamy te trzy przyczyny, to skutkiem będzie fakt niesienia pomocy. A jeśli zaangażujesz się w pomaganie, to zaczynasz zaniedbywać siebie, swoje własne potrzeby. Z upływającym czasem zaczynasz odczuwać zmęczenie tym pomaganiem – pojawia się frustracja.

Etap Wybawcy to wg terapeutów „cień matki” – potrzeba niesienia pomocy, gesty od serca, dużo empatii, emocjonalności. Dobre intencje, jednak źle zastosowane, prowadzą nas w zupełnie inny kierunek od zamierzonego.

 

Prześladowca

Jeśli jesteś już zmęczona pomaganiem, jeśli trwa ono już od dłuższego czasu, to coraz częściej odczuwasz złość na osobę, którą ratowałaś. Jeśli dodatkowo ta osoba rzadko stosuje Twoje rady i co raz powraca z tymi samymi kwestiami, to zaczynasz odczuwać pretensję, a potem żal, frustrację, irytację na tę osobę. Nawet się nie zorientowałaś gdy z Wybawicielki stajesz się Prześladowcą. Wg terapeutów pojawia się tu cień ojca, ale tego złego, który siłą i dominacją zaczyna obwiniać, krytykować i często atakować ratowaną do tej pory osobę.

W tej fazie emocjonalność bierze górę, przestajemy myśleć racjonalnie, a naszymi działaniami sterują emocje, a bardziej wzorce wyniesione z domu – te złe. To mechanizmy, których nie kontrolujemy, których najczęściej w ogóle nie jesteśmy świadomi, albo takie, do których nie chcemy się przyznać. Trudno jest więc zachować spokój, rozsądek i „zatrzymać to szaleństwo”, spojrzeć obiektywnie i zwyczajnie się wycofać.

Dlatego przechodzimy do kolejnego etapu…

 

Ofiara

Jeżeli dotarliśmy do tej agresywnej fazy, to prędzej czy później dojdzie do konfrontacji z osobą, której tak bardzo pragnęliśmy pomóc. Ale teraz to już nie jest przyjemna rozmowa. Jeśli ta osoba potrafi zawalczyć o siebie i swój dobrostan, to zanim się obejrzymy, a to my poczujemy się ofiarą w tej sytuacji. Duże prawdopodobieństwo, że odczujesz poczucie krzywdy i braku wdzięczności za „całą moją pomoc”. Jeśli tak się dzieje, to prawdopodobnie słyszałaś siebie mówiącą to zdanie: „czemu mi zawsze zdarzają się takie rzeczy?”

Czujesz się źle, fatalnie – osoba, której pomagałaś staje się nagle Twoim wrogiem, który wygarnął ci sporo nieprzyjemnych rzeczy. Nie okazał żadnej wdzięczności, a ty przecież żyły sobie dla niej wypruwałaś. Pewnie pojawiają się obietnice dawane sobie – „już nigdy nikomu nie pomogę”.

Jeśli jest to bliska osoba, na której ci zależy, albo osoba, która jest i będzie w twoim otoczeniu, to po pewnym czasie będziesz się starała naprawić te niedobre relacje…a najlepiej poprawiać poprzez pomoc drugiej osobie… 🙂

Zachęcam Was bardzo do samodzielnego zgłębiania tego tematu – on ma wiele niuansów, wiele zastosowań. Czym więcej poczytacie, tym bardziej świadomi tematu będziecie 🙂

 

Do refleksji:

  • Kogo zobaczyłaś w tym modelu? Przypomnij sobie całą historię…
  • Jak się zachowywałaś gdy byłaś uczestnikiem tego modelu?
  • Jak się czułaś na poszczególnych etapach?
  • Co zrobiłaś, aby uzdrowić sytuację?
  • Czy sama masz tendencję, aby tworzyć te zachowania względem innych ludzi?

 

Dopełnieni – cz. 3 – „bratnia dusza” czy „przeciwność”?

Kontynuuje jeszcze wątek „dopełnienia” w relacji – znalazłem wywiad z Wojciechem Eichelbergerem na ten temat, który przedstawił, starał się odpowiedzieć na pytanie, który związek jest dla nas lepszy – ten z bratnią duszą, czy też jednak z kimś zupełnie przeciwnym do nas?

Oczywiście odpowiedź na to pytanie ma mnóstwo odcieni szarości i nie da się jednoznacznie odpowiedzieć – warto jednak spojrzeć na siebie, na swoje potrzeby i dostrzec, czy w swoich związkach dostrzegam regułę. Czy poszukuję częściej „rozwoju”, czy „świętego spokoju”?

Spójrzmy zatem na gałązkę, a poniżej moje opisy i komentarze:

(Czytamy od dołu do góry)

Na początku, znamy to dobrze, pojawia się silne przyciąganie seksualne – spowodowane innością, nowością, w obszarze fizycznym, intelektualnym, emocjonalnym. Jeśli jest to osoba, która z każdym dniem jest dla nas coraz ważniejsza, to pojawia się myśl, potrzeba, aby rozwinąć się przy tym człowieku – chcemy stać się najlepszą wersją siebie (pisałem o tym we wcześniejszych postach).

Jeżeli tego właśnie szukamy, czy wręcz oczekujemy do relacji, to po pierwszej fascynacji i stanu „rozumienia się bez słów” przyjdzie etap dostrzegania różnic między nami. On jest bardziej agresywny i dąży do autonomii, ona jest spokojniejsza i dąży do relacji, bliskości. Oczywiście są to standardowe role, przyjmijmy dla potrzeb tej analizy, że jest to prawda J

W związku z tym, że jesteśmy tak różnimy od siebie, to naturalnym procesem jest uczenie się od siebie i uzupełnianie swoich braków.

Wg Carla Junga celem mężczyzny jest rozwinięcie w sobie żeńskiej części (anima) – w tym przypadku będzie to empatia, samokontrola. Kobiet zaś powinna rozwinąć swoją męską część (animus) – rozwinąć asertywność i agresję, której celem będzie, między innym, stawianie granic swojemu partnerowi. Rozwinięcie tej przeciwnej dla siebie energii, jest dla nas wzbogaceniem, uzupełnieniem, rozszerzeniem kompetencji – nie chodzi tu o zatracenie swoich naturalnych właściwości.

Jeżeli świadomie wejdą na tę ścieżkę rozwoju, to każdy z osobna zacznie się rozwijać, wzrastać. Z czasem zaczną się upodabniać do siebie, ale oczywiście nie oznacza to utraty niezależności, charakteru, autonomii. Chodzi tu o kwestię taką, że przestaniemy potrzebować partnera do rekompensowania naszych braków – już się ich pozbyliśmy. Oczywiście jest to proces wieloletni. Duża część związków nigdy go nie osiąga i kończą się negatywnym zakończeniem – zależnością w związku lub śmiercią związku (nie oznacza to rozwodu).

W wersji pozytywnej, rozwojowej, partnerzy zaczynają darzyć się bezinteresowną, dopełniającą miłością.

W połączeniu ze stale wzrastającą samoświadomością i samostanowieniem partnerzy stają się coraz bardziej niezależni od siebie i mogą stworzyć w pełni dojrzały, współzależny związek.

Proste i logiczne, nieprawdaż? 🙂

Komu się to udało? Proszę o swoją historię!

 

Dobrze, teraz spójrzmy na inną wersję – spotykamy swoją „bratnią duszę” – rozumiemy się bez słów, mamy te same zainteresowania, te same wartości, te same poglądy, podobne spojrzenie na większość aspektów życia – nie ma więc różnic, tarć, kłótni, wyjścia ze strefy komfortu.

Pan Eichelberger widzi takie konsekwencje:

Mamy tu widoczną tezę, że taki związek praktycznie nie ma szans na sukces. Taki związek może trwać całe życie, ale nie spełni tej jednej, bardzo ważnej, rzeczy – nie rozwinie nas, nie wypełni roli rozwoju osobistego, nie przeniesie nas na wyższy poziom.

Czy w takim razie ma sens? Jeśli tkwimy w nim bo jest nam wygodnie, bo jest nam bezpiecznie, bo boimy się zmian, bo boimy się opuścić swoją strefę komfortu, to pewnie związek taki będzie dobry.

Czy będziemy mieć poczucie stania się „najlepszą wersją siebie”? To już pewnie mniej, ale najważniejsza zasada jest taka, że każdy ma wolną wolę i wybiera to na co jest gotowy.

 

Do refleksji:

  • Czego szukasz, potrzebujesz w swoim związku? Dopełnienia, czy świętego spokoju?
  • Czego ty dajesz od siebie więcej? Rozwoju czy spokoju?
  • Spójrz na swój obecny (lub były) związek – jakie obszary rozwija(ł) w tobie, co jest (było) dla ciebie najtrudniejsze? Dlaczego to?
  • Jeśli chciałabyś innej relacji z obecnym partnerem, to jak byś ją zmieniła? Od czego zaczęła?

 

*opracowanie własne na podstawie artykułu „Kogo warto kochać?”, Zwierciadło 02.2017

Dopełnieni – kierunek rozwoju

W ostatnim poście pokazałem jakie role w związku funkcjonowały kiedyś oraz obecnie i jakie negatywne skutki przynoszą one nam w codziennym życiu.

Dziś czas na pokazanie kierunków rozwoju. Autorka artykułu na podstawie rozmowy z terapeutą pokazuje rozwiązanie, pokazują „stan idealny”. Robiąc gałązkę dostrzegam braki logiczne w tym obrazie, ale sama idea jest na pewno ciekawa i warta przemyślenia oraz próby zastosowania w swoim związku.

Spójrzmy najpierw na mężczyznę.

(Czytamy od dołu do góry)

Jeśli mężczyzna zna siebie, jest świadomy swoich mocnych i słabych stron, zna obszary w sobie, które wymagają rozwoju i jeśli są jasno określone zasady w związku (wspólnie ustalone role, obowiązki) i jeśli kobieta jest w stanie wycofać się z „naprawiania” swojego faceta, to jest szansa, że mężczyzna będzie dojrzale wspierał swoją partnerkę.

Tutaj muszę się zatrzymać na chwilę i skomentować trzy ważne okoliczności.

Po pierwsze „świadomy mężczyzna” – mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju skokiem rozwojowym – facet jest już dojrzały, a teraz tylko pracujemy nad tym, jak dobrze można to dalej rozwinąć. Sytuacja niemal idealna 🙂 Autorka artykułu ani terapeuta, z którym jest wywiad, nie podają rozwiązania jak osiągnąć ten stan – bez niego nie ma zaś dalszej części tej historii. Zostaje nam więc przyjąć za pewnik, ze taki stan jest możliwy – życzę tego wszystkim paniom!

Po drugie „kobieta przestaje naprawiać” – jeśli mężczyzna jest rzeczywiście dojrzały, to naprawianie faceta pewnie już dawno się skończyło, albo było w minimalnym zakresie. Jeśli jednak partner wymagał dużego wsparcia w rozwoju od swojej partnerki, to istnieje duże ryzyko, że wycofanie się w tej chwili kobiety z jego rozwoju będzie bardzo trudne. On praktycznie nie prosi o pomoc, a dodatkowo stawia granice jej wsparcia, ona zaś nie narzuca swojego zdania – możliwe do zrealizowania? 🙂

Po trzecie, „dojrzale wspiera kobietę” – autorzy artykułu wymieniają tu wspieranie kobiety w jej pracy zawodowej, w akceptacji jej kobiecości, daje jej przestrzeń, autonomię, wspiera rozwój. Ogólnie bardzo fajna sprawa.

Wracając do gałązki.

Jeśli kobieta wcześniej wycofała się z „naprawiania” partnera i jeśli on zaczął ją dojrzale wspierać, to jest szansa, że kobieta zacznie dojrzale doceniać swojego mężczyznę. Dostrzega jego wkład w opiekę nad rodziną, docenia jego opiekę nad sobą, dziećmi, domem. Dostrzega jego rozwój osobisty, zawodowy – wszystko to wpływa na to, że pojawia się naturalny zachwyt nad swoim partnerem. Kiedy mężczyzna czuje się doceniany przez swoją partnerkę, to wpływa to jego poczucie sukcesu, bycia dobrym ojcem, głową rodziny. Wpływa to na poczucie autonomii u mężczyzny i powinno pozytywnie wpływać na jego dalszy rozwój.

Kiedy zaś kobieta dostrzega męskość, mądrość, dojrzałość swojego mężczyzny, to czuje się przy nim bezpiecznie, ufa mu, może mu się spokojnie poddać. Gdy on to dostrzeże, poczuje, przyjmie to, a w konsekwencji będzie pewnym siebie „męskim” mężczyzną.

Czemu gałązka ta jest aż tak dobra? Wg mnie głównie dlatego, że praktycznie wszystkie potrzeby mężczyzny będą zaspokojone. A w tym przypadku będą to na pewno:

  • Docenienia
  • Odpowiedzialności za rodzinę
  • Sprawczości
  • Wyzwań
  • Kompetencji
  • Rozwoju
  • Poczucia własnej wartości
  • Szacunku
  • Osiągnięć
  • Zaufania
  • Miłości
  • Wspólnoty

Każdy z nas, gdy ma zaspakajane swoje potrzeby, te „wyższe”, to czuję się szczęśliwy. To zaś wpływa na wysoką motywację wewnętrzną, aby dbać o takie życie rodzinne.

Spójrzmy teraz na kobietę.

(Czytamy od dołu do góry)

Tu mamy takie same założenie wyjściowe – świadoma, dojrzała, pewna siebie kobieta, która wybiera swoją kobiecość – nie wstydzi się jej, nie próbuje być mężczyzną, docenia zalety, walory kobiecości, czerpie ze swojej kobiecości mnóstwo korzyści. Jest to stan praktycznie idealny – tu również nie mamy odpowiedzi od autorów jak to zrobić. Była jedynie sugestia, że ta kobieta, która tak bardzo walczyła o niezależność, zrezygnowała ze swojej kobiecości, jako słabości, teraz świadomie wraca do swojego źródła, akceptuje je i traktuje jako siłę. Przyjmuję, że „to się tak stanie”.

Jeśli kobieta nie marnuje czasu na „obsługiwanie, opiekę” swojego partnera, to może w dużej części skoncentrować się na sobie i rozwijać swoją kobiecość. Jeśli dodatkowo partner docenia to, wzmacnia, to ona dalej może rozwijać siebie, swoją kobiecość.

Jeśli on dostrzega jak ona rozwija się, jak staje się piękniejsza każdego dnia, to ma idealne warunki, aby dalej rozwijać się, aż do stanu pewnej siebie „kobiecej” kobiety.

Czemu ta gałąź jest też taka dobra, idealna? Z tego samego powodu, co wyżej – potrzeby kobiety są zaspakajane:

  • Docenienia
  • Miłości
  • Szacunku
  • Poczucia własnej wartości
  • Zaufania
  • Wspólnoty
  • Bliskości
  • Więzi
  • Dzielenia się swoimi troskami, sukcesami
  • Zrozumienia i bycia zrozumianą
  • Ciepła
  • Otuchy
  • Wzajemności

Oboje partnerzy wzmacniają w sobie to co najlepsze – znika rywalizacja, znika deprecjonowanie, znika zależność. Pojawia się wzajemny szacunek, docenienie, a relacja rozwija się, zmienia we współzależną. Każdy  stanowi samowystarczającą jedność, ale razem przekraczają swoje indywidualne ograniczenia.

Wersja idealna?

Jeśli nawet taka jest, to na pewno warto ją mieć na uwadze – gdy wiemy czego chcemy, jaka jest nasza wizja związku, relacji, to jest duża szansa, że taki stan właśnie osiągniemy 🙂

 

Do refleksji:

  • co możesz zrobić, zmienić w swoim życiu, aby rozpocząć podróż w tym kierunku?
  • Jakie obszary swojego życia chcesz rozwinąć, aby mieć poczucie, że docierasz/rozwijasz swoją kobiecość/męskość
  • Co zrobisz od jutra, aby doceniać swojego partnera?
  • Co przestaniesz robić, aby przestać „naprawiać” swojego partnera?

 

*opracowanie własne na podstawie tekstu p. Renata Arendt-Dziurdzikowska, Zwierciadło 03.2017

Dopełnieni? – cz. 1 – obecna sytuacja

W ostatnim numerze „Zwierciadła” zainspirował mnie artykuł na temat ról kobiety i mężczyzny w związku* – postanowiłem przyjrzeć się temu artykułowi, tej myśli bliżej 🙂

Podzielę ten temat na dwie części. Pierwszą poświęcę omówieniu (krótko) dawnych ról i obecnych oraz negatywnych skutków dla każdej z płci oraz dla relacji – zobrazuję to gałązką oraz połączą z potrzebami (zwłaszcza tymi niezaspokojonymi). W drugiej części pokażę, na podstawie artykułu, obraz przyszłości, kierunek, w którym powoli zmierzamy.

Spójrzmy więc na typowe, chyba na szczęście odchodzące w niebyt role w związku:

Tradycyjne role, każdy wie co ma robić, każdy ma zasoby, aby walczyć z „przeciwnikiem”. Z biegiem czasu chyba żadna ze stron nie czuje się w takim układzie szczęśliwa, spełniona. Na koniec mamy zależny związek, w którym raczej dominuje „przegrana-przegrana” – dominuje obwinianie partnera, myślenie „gdyby tylko się zmienił(a)”, poszukiwanie zadowolenia na zewnątrz związku, trwanie w nim bez jakiekolwiek przyjemności, dla, w sumie, trudno zrozumiałych, powodów. Niestety cały czas dość obecny scenariusz, zwłaszcza poza dużymi miastami. Żadna ze stron nie zaspokaja większości swoich potrzeb, ale nie stanowi to problemu, bo najczęściej nie są świadomi swoich potrzeb – nie potrafią ich nazwać, rozmawiać, walczyć o ich zaspokojenie.

Przyjrzymy się teraz drugiemu scenariuszowi, tradycyjne, jednoznaczne role zaczynają się kruszyć, dochodzi do wymiany, w poszukiwaniu równowagi:

(Czytamy od dołu do góry)

Omówię to w szczegółach. Obie płcie dążą do równowagi, której bardzo brakowało w poprzednim modelu. Emancypacja i edukacja kobiet, walka o własne prawa spowodowały ogromne zmiany społeczne.

Mężczyzna zaczął odkrywać „kobiecą” stronę życia w związku: opieka na dzieckiem, gotowanie, sprzątanie, zakupy, pranie, może nawet prasowanie :). Musiał również zacząć słuchać swojej kobiety – o jej potrzebach, troskach, problemach. Ma być teraz partnerem, przyjacielem, realnym wsparciem dla kobiety. Nazwałem to „kłopotliwa”, bo na razie zdecydowana większość facetów nie potrafi się do końca w tym odnaleźć – nie potrafi pełnić tej roli naturalnie (bo nikt wcześniej ich tego nie nauczył), proszą więc kobietę o bardzo konkretne wskazówki, instrukcje obsługi, rady i polecenia. Nie może być już taki jak dawniej – rola „macho” przeminęła bezpowrotnie, on nie ma już siły finansowej, ani fizycznej, aby czuć się pewnie w relacji. Nie czuje się z tym dobrze – ani przed sobą, ani przed kobietą.

Kobieta zaś od kilkunastu lat odkrywa w sobie ‘męskie’ pierwiastki – umiejętność walki, współzawodnictwa, determinacji, niezależności, samodzielności. Przez ostatnie lata dało to poczucie wolności, autonomii – właściwie pierwszy raz w historii kobieta stała się w pełni niezależna. W końcu ma niezależność finansową, oraz bezpieczeństwo prawne (najczęściej) – jest równa facetowi, nie potrzebuje go do codziennego życia, w sumie bez niego jest może nawet łatwiej.

Wydaje się, że wszystko jest w porządku…no właśnie, czy rzeczywiście?

Spójrzmy najpierw na kobietę.

Kobieta, aby odnosić sukcesy w dzisiejszym świecie musi wejść w „męskie” role, które zostały wymyślone przez mężczyzn i pielęgnowane przez nich, przez setki lat. Musi być więc silna, momentami bezwzględna, piąć się po drabinie kariery, walcząc i strącając napotkanych wrogów. Rywalizacja, ciągłe udowadnianie, że nie jest się gorszym, co w konsekwencji prowadzi do tego, że kobieta robi 150% normy, a i tak nie może przebić „szklanego sufitu”.

Musi zapomnieć o empatii, kobiecej wrażliwości, tworzeniu i pielęgnowaniu relacji w zespole, dzieleniem się troskami, wspieraniem siebie nawzajem, okazywania serca i ciepła – muszą praktycznie całkowicie wyprzeć się swoich potrzeb, które przynależą do „kobiecości”.

To wszystko powoduje, że zaczyna się stawać „męska”: zimna, stanowcza, dążąca po trupach do celu, zaczyna też traktować mężczyzn przedmiotowo, stąd faceci zaczynając coraz częściej nazywać takie kobiety „modliszkami” -pojawia się naturalny lęk przed nimi, niechęć do szczerej i bezpiecznej relacji. Czy kobieta w takiej roli jest szczęśliwa, spełniona? Czy czuje pełne wsparcie od swojego partnera? Czy może sobie pozwolić na chwilę oddechu? Pytania retoryczne…

A co w tym czasie dzieje się z facetem, jego potrzebami?

Siedzą w roli, która na obecnym etapie rozwoju jest dla nich zwyczajnie nienaturalna, potrzebują czasu i kilku pokoleń przekazywanej wiedzy i umiejętności, aby stało się to lekkie i naturalne. W swoich oczach stracili atrybuty „męskości”, pojawiła się pustka, luka, która nie wiadomo jak wypełnić. Czują się niepewni, bo praktycznie cały czas muszą prosić o wskazówki, aby dobrze wspierać swoją kobietę. Kiedy zachowują się tak nieporadnie, to nie otrzymują od kobiet zaspokojenie swoich potrzeb, takich jak: docenienie, szacunek. Brak im poczucia zaspokajania potrzeb w obszarze realizacji ich celów, zadań – nie „zdobywają”, nie walczą ze złymi, nie mają jak pokazać swojej „rycerskości” -nie ma więc uwielbienia od księżniczek. Czy są zatem szczęśliwi? Można tu zadać te same pytania retoryczne, co u kobiety…

Spójrzmy zatem na gałąź negatywną, która pokazuje nam cały związek:

 

Nie będę tłumaczył całej gałęzi, bo większość opisałem powyżej – ale widać tu jak to wszystko ze sobą jest powiązane.

Słowo komentarza do dwóch boxów – „pogarda” i „opór i wycofanie faceta”

Kobieta nie musi tego robić celowo, świadomie – tu chodzi chociażby o stwierdzenia, zachowania, w stylu „to mój nieporadny miś” – jest tu element kastracji, braku szacunku, aż po niewypowiedzianą pogardę. Mężczyzna czuje to podświadomie (często świadomie) i dlatego przyjmuje postawę obronną/atakująca – wycofuje się chociażby z seksu, czy z innych, typowych „męskich” ról.

W efekcie mamy obecnie sytuację, że mamy coraz więcej partnerskich związków, o które jakoś tam walczyliśmy, ale po drodze coś zgubiliśmy…obie strony nie czują zaspokojenia swoich potrzeb…jest więcej frustracji, znów obwiniania drugiej strony, poczucia braku szczęścia i spełnienia.

 

W następnym poście pokażę sposoby rozwiązania tej trudnej sytuacji, rozwoju indywidualnego oraz relacji.

 

*opracowanie własne na podstawie tekstu p. Renata Arendt-Dziurdzikowska, Zwierciadło 03.2017

Rozterki Matki-Polki – 2

Po dłuższej przerwie wracam, chcę dokończyć, historię z wpisu o rozterkach „Matki – Polki” – http://dbajopotrzeby.pl/2016/11/rozterki-matki-polki-1/

W historii tej było widać wyraźny wewnętrzny konflikt, dylemat – zdecydować się na drugie dziecko czy wracać do pracy. Dziś postanowiłem więc przedstawić analizę tego konfliktu, przyjrzeć się mu z każdej strony.

 

Moim celem jest moje szczęście. Aby to osiągnąć potrzebuję miłości, rozwoju i szczęścia w rodzinie,  dlatego też chcę teraz skoncentrować się tylko na rodzinie. Ale z drugiej strony osiągnę własne szczęście jeśli zaspokoję swoje potrzeby wolności, rozwoju osobistego i zawodowego, dlatego też chcę wrócić do pracy, skoncentrować się na sobie.

Konflikt wydaje się trudny, może wręcz niemożliwy, do rozwiązania. W takiej sytuacji trzeba skupić się na potrzebach – jak mogę zaspokoić je jednocześnie. Czy jest to w ogóle możliwe?

W sytuacji gdy wydaje nam się, że nie ma żadnych możliwości, aby połączyć „ogień z wodą” to musimy przyjrzeć się założeniom, które są ukryte za potrzebami. Jest ich mnóstwo ukrytych, połączonych jeszcze z przekonaniami, które dotyczą roli matki, rolą „gospodyni”, rolą „dobrej żony”.

W tym przypadku skupię się tylko na założeniach dotyczących tylko tego tematu, a przekonaniami – tymi i wieloma innymi – zajmę w osobnym cyklu.

Założenia stojące za miłością, powiększeniem rodziny i szczęściem rodzinnym

  1. Jesteśmy z mężem coraz starsi, teraz albo wcale naprawdę?
  2. Tylko drugie dziecko spowoduje, że będziemy pełną i szczęśliwą rodziną – naprawdę?
  3. Mogę pozwolić sobie na drugie dziecko tylko teraz gdy jestem jeszcze młoda
  4. Jeśli wrócę do pracy to nie będę już mogła/chciała mieć drugiego dziecka (zagrozi to mojej pracy/rozwojowi)
  5. Drugie dziecko zdejmie ze mnie konieczność bycia 24/7 dostępnej dla pierwszego dziecka (wspólne zabawy)

 

Wszystkie z nich są półprawdami – zgadzacie się ze mną? Jednak to są założenia ograniczające, nie pozwalają mi na pójście do przodu, utknęłam i nie potrafię się z tego uwolnić.

Musimy zatem przemienić je w założenia otwierające:

  1. Dziś duża część osób zostaje rodzicami w późniejszym wieku – to zależy od ducha i serca
  2. Tylko pełne zaangażowanie, troska i uważność daje szanse na szczęśliwą rodzinę
  3. W tej chwili moje ciało odmawia drugiego dziecka. Mogę dbać o swoje zdrowie przez kolejne lata, aby być zdrową i gotową za kilka lat
  4. Mogę pracować w ciąży, nie obawiam się utraty pozycji 
  5. Ustalę z mężem podział obowiązków oraz, że zainwestuję w nauczenie dzieci wspólnego przebywania ze sobą

Jaki wniosek płynie z tych nowych założeń?

Po pierwsze, „nie taki diabeł zły, jak go malują” – częste mamy w głowie wiele lęków, obaw, które okazują się zwyczajnie nieprawdziwe, wyolbrzymione, nie na miejscu. Po drugie, ważniejsze jest co mogę zrobić dziś i jutro – a najważniejsze to rozwój osobisty, rozwój komunikacji z mężem, dbanie o własne ciało, swoje zdrowie.

Jak przyjdzie czas, gotowość ciała i duszy, to wszystko zadzieje się zgodnie z naturą. W tym przypadku nie ma co kontrolować, planować, trzymać się sztywno wyznaczonych celów – dobrze wiemy, że życie prowadzi nas własnymi scenariuszami,  że zwykłe odpuszczenie jest najlepszym lekarstwem na spokój, szczęście.

 

To teraz przyjrzyjmy się drugiej stronie konfliktu, naszymi założeniom, za tym, aby postawić na karierę:

Założenia ograniczające:

  1. Praca da mi wolność, kontakt z ludźmi, zawieszenie się na pracy – naprawdę?
  2. Tylko pójście do pracy gwarantuje mi poczucie wolności, autonomii – naprawdę?
  3. Praca (zarabianie) da mi możliwość dokładania się do budżetu domowego
  4. Możliwość powrotu do aktywności fizycznej, tańca da mi poczucie wolności, niezależności
  5. Tylko koncentrując się na sobie ( w końcu) mogę poczuć się spokojna, zaspokoić swoje potrzeby, poczuć szczęście

 

Tutaj założenie nr 3 jest prawdziwe, nie będziemy go zmieniać. Pozostałe jednak założenia są znów półprawdami. Musimy więc zmienić je na otwierające;

  1. Najpierw muszę upewnić się, czy ta praca da mi te korzyści, możliwości
  2. Praca w niepełnym wymiarze czasu też da mi poczucie pozytywnej zmiany
  3. (Puste)
  4. Aktywność sportową mogę wykonywać w ciągu dnia (dziecko z opiekunką) lub wieczorami (mąż)
  5. Koncentracja na sobie, ale i na rodzinie da mi pełne spełnienie i szczęście

Jakie wnioski płyną z tych założeń otwierających?

Mamy często tendencje do przechodzenia ze skrajności w skrajność – mama na pełen etat, to teraz praca na pełne eta. Czy rzeczywiście to jest jedyny sposób?

Z tych założeń wynika, że może znów trochę odpuścić i dać sobie trochę przestrzeni. Mamy teraz rynek pracownika mogę więc wybrać dobrą, może najlepszą pracę dla mnie w tym momencie. Taką, która rzeczywiście zaspokoi moje potrzeby rozwoju zawodowego, ale przede wszystkim taką, która da mi więcej autonomii, przestrzeni na opiekę nad dzieckiem, rodziną. Praca na pół etatu, może własna działalność gospodarcza – jeśli jestem specjalistą, to nie powinnam mieć problemów ze zleceniami. W ciągu dnia – mam opiekunkę – zajmę się swoją formą fizyczną, będę mogła też zając się własnym rozwojem – czytanie, szkolenia, kursy, spotykanie się ludźmi.

 

Ta chmurka, te założenia są oczywiście bardzo indywidualne, dotyczą jednej, konkretnej osoby. Zdaję sobie sprawę, że temat ten jest dużo bardziej obszerny, ma mnóstwo niuansów, okoliczności, które trzeba wziąć pod uwagę. Zachęcam zatem do spokojnego przemyślenia, obu stron konfliktu, skoncentrowania się zwłaszcza na założeniach (i przekonaniach), bo to one bardzo mieszają nam w głowach.

Kierujcie się sercem, to w takich sytuacjach zawsze najlepsze rozwiązanie 🙂

 

Lęk przed bliskością – 6 – zostaję przy znanym

Dziś już ostatnie spotkanie z tym cyklem – lęk przed bliskością – pokażę ostatnią opcję czyli „porażki”, cofnięcia się po raz kolejny przed miłością, pełne wycofanie się, gdy jest „za blisko”.
Cały cykl zajął sporo czasu, sam nie spodziewałem się, że tak to się ułoży. Temat jest bardzo ważny, na pewno też trudny – zachęcam do osobistej refleksji, a potem pracy.

 

W dzisiejszym poście zajmę się dolną częścią naszego konfliktu.

Wybieram „bezpieczeństwo”, które mam będąc w obecnym, „bezpiecznym” związku. Stosuję tu mocno „”, ponieważ już wiemy  z poprzednich postów, że słowo „bezpieczeństwo” oznacza tu wybranie zdecydowanie gorszej wersji. Wybrania partnera, który nie oczekuje od nas bliskości, miłości, poddania się uczuciu, zaufania. Takie rozwiązanie jest dobre tylko dla kogoś, kto chce przetrwać. Dla osób, które jednak chcą przeżyć życia z poczuciem spełniania, z poczuciem przeżycia prawdziwej miłości, bliskości, intymności, ufności to wersja, którą można chyba określić jedynie jako „przegraną”.

Tak, za tym wyborem stoi ogromna potrzeba bezpieczeństwa, przewidywalności. Dodałbym jednak również słowo „kontroli” – która nie jest potrzebą, a która tutaj bardzo silnie działa.

 

Teraz naszym zadaniem jest zdefiniować założenia, które są pomiędzy tymi dwoma obszarami.

Założenia ograniczające – czyli takie, które mam w tej chwili, które ograniczają moje myślenie i działanie:

  1. Znam dobrze swojego partnera, wiem czego się spodziewać – naprawdę?
  2. Znam swoje „piekiełko” od –nastu lat, nie mam już żadnych oczekiwań – czy rzeczywiście?
  3. Odejście od obecnego partnera będzie stresujące- naprawdę?
  4. Odejście do nowego partnera jest dla mnie ogromnym ryzykiem– czy rzeczywiście?
  5. Mój obecny partner daje mi minimum, nie potrzebuje więcej– naprawdę?

 

Założenia te są raczej zwykłymi wymówkami, mającymi usprawiedliwić swoje wycofanie się, swój lęk, swoją porażkę. Niestety byłem wielokrotnie świadkiem takich tłumaczeń, wyjaśnień. Nie ma w nich chęci zawalczenia, ale bardziej przekaz „daj mi święty spokój”, „nie chce już o tym mówić/myśleć”, „wolę zamknąć już ten rozdział”, „moje życie już jest skończone”, „…mi i tak nie przytrafi się już nic dobrego” i wiele podobnych określeń, które są tylko potwierdzeniem poczucia porażki.

 

Następnym krokiem jest sprawdzenie czy są prawdziwe:

  • Pełna prawa, zawsze prawda – (+ + )
  • Czasami prawda – ( – +)
  • Całkowita nieprawda – (- -)

 

Ad. 1 – półprawda, dlaczego? Tak, mamy już za sobą kilka, kilkanaście przeżytych wspólnie lat, znamy się już na wylot, nic nas nie zaskoczy w obecnym związku. To jest często podawany argument jako zaleta. Czy nią rzeczywiście jest? I czy rzeczywiście jest to zaletą?

Dodatkowo znamy tylko przeszłość, nie mamy żadnej gwarancji, czy nie będzie gorzej w przyszłości.

Ad. 2 – półprawda – podobnie jak punkt wyżej, plus tutaj jeszcze bardzie przyznajemy się do własnej porażki – wycofania się całkowicie z walki o własne szczęście. W tym założeniu jest też przekonanie, że gorzej już nie będzie – jest to nieprawdziwe założenie.

Ad. 3 – półprawda – tak, będzie stresujące jeśli zrobisz to bez przemyślenia, bez przygotowania. Czy rzeczywiście tak musisz to zrobić?

Ad. 4 – półprawda – jeśli zachowasz się tak samo nieostrożnie jak w punkcie wyżej. Jeśli będziesz zbyt emocjonalna, z potrzebą szybkiej ucieczki, natychmiastowej zmiany, to rzeczywiście sama sobie szykujesz ryzyko, że odejście do nowego partnera w taki nieprzemyślany sposób może się źle skończyć. Ale czy rzeczywiście jest to jedyna droga do zmiany?

Ad. 5 – półprawda – tak, masz zapewnione „bezpieczeństwo”, „spokój”, zimne i ciche dni, które wyglądają praktycznie zawsze tak samo. Wiesz doskonale jak to wygląda, opanowałaś swoją rolę w tym dramacie doskonale – pewnie w dużej części już ty zarządzasz waszą codziennością – pewnie ustawiłaś ją sobie tak, aby bolało jak najmniej. Czy rzeczywiście chcesz spędzić resztę swojego życia w taki sposób?

 

Nie wygląda to najlepiej, nieprawdaż?

Zobaczmy jak możemy jednak zmienić nasze założenia, na jakieś kierunki rozwiązania. :

  1. Jeśli zaczniesz pracę nad sobą to zmienisz siebie, a to zmieni związek
  2. Każdy zasługuje na szczęście, zadbaj o siebie, masz przed sobą jeszcze wiele lat życia
  3. Możesz się zdecydować na to gdy dobrze sobie wszystko obmyślisz, zaplanujesz
  4. Jeśli ustalicie jasne zasady, warunki, kroki to zmniejszysz ryzyko
  5. Wiesz już jakie błędy popełniłaś, wiesz co i jak możesz zmienić, aby zaspokoić swoje potrzeby, poczuć się szczęśliwa

 

Cóż to wszystko oznacza? Jakie rozwiązanie nam się tu pojawia?

Powrót do „bezpiecznego” związku nie niesie, bo nie może, nic dobrego dla ciebie. Jedynym kierunkiem, które może przynieść pozytywne skutki w przyszłości, to rozpoczęcie pracy nad sobą. Polecam terapię, coaching – cokolwiek, ale z zewnętrznym ekspertem. Po pewnym czasie (kilka miesięcy) zaczniesz się zmieniać. Albo wpłynie to pozytywnie na Twój obecny związek – po części zmusi partnera do jego pracy nad sobą i związkiem. Jeśli jednak to się nie uda, to przynajmniej ty zdobędziesz siłę i determinację, aby odejść i zamknąć za sobą ten niezbyt szczęśliwy rozdział za sobą. To wszystko co można „wycisnąć” dobrego z tej sytuacji.

 

Może pomyślicie, że w tych rozważaniach jestem nieobiektywny. Byłem świadkiem takich zdarzeń, sytuacji wielokrotnie i nigdy nie byłem w stanie potwierdzić komuś „dobrze wybrałaś, tak będzie najlepiej, znane piekło jest dobrym rozwiązaniem”. Nigdy też nie znalazłem w żadnym artykule, książce, słowie, od terapeuty takiej rady – „poddaj się, to dobry wybór”.

Dlaczego nie? Spójrzcie na tę gałązkę – ona nie może nigdy skończyć się dobrze 🙁

(czytamy od dołu)

Poddanie się własnym lękom, wybranie swojego „piekiełka”, wieloletni brak zaspokojenia swoich najważniejszych potrzeb w życiu człowieka (bliskość, ufność, miłość, wsparcie, opieka, itp.) nie możemy skończyć się niczym dobrym…lista negatywnych skutków może być tu bardzo długa, wszystkie są ZŁE, nikt na nie nie zasługuje!!!

 

Każdy kto zajmuje się pomocą innym ludziom (terapeuta, lekarz, coach, itp.) zawsze powie te same słowa – ODEJDŹ, teraz, natychmiast! Jeśli nie wiesz jak, nie masz w sobie sił, to idź po pomoc – terapia, coaching. Ale to ty musisz zwrócić się o pomoc i sama dokonać zmiany w sobie, aby dokonać zmiany w swoim życiu.

Nie ma żadnych obiektywnych przeszkód, które uniemożliwiłyby zmianę stanu, w którym się znajdujesz. Jedyną przeszkodą jest twoja głowa, a dokładnie ego, i oczywiście lęk. Wszechogarniający, paraliżujący lęk, który został wpuszczony, zaproszony do twojego życia, który cały czas podpowiada, straszy: krzywdą, którą wyrządzasz dzieciom, oceną i odrzuceniem przez rodzinę, przyjaciół, i pewnie innymi rzeczami, których ty boisz się najbardziej.

To JEDNA, WIELKA ILUZJA – nic więcej.

Wszystkie złe myśli są tylko lękami, założeniami, opiniami a NIE FAKTAMI. Osoby, które odważyły się na zmianę mówią praktycznie zawsze to samo – najtrudniejsze było podjęcie decyzji, później nie wydarzyło się praktycznie nic z tego czego się bałam.

Na koniec zostawiam was – tych którzy się boją – ze słowami Deepaka Chopra, któy w swojej książce „Droga do miłości” stawia taką ciekawą tezę odnośnie właśnie lęku:

„Wszystko, czego się najbardziej obawiasz – opuszczenie, odrzucenie, niepowodzenie, strata, upokorzenie – już ci się kiedyś przytrafiło. Zagrożenia, które teraz postrzegasz dookoła albo których się spodziewasz w przyszłości, to długie cienie twojej przeszłości”.

 

Do refleksji:

  • Co zrobisz, aby przestać być więźniem przeszłości?
  • Jakie postanowienia możesz sobie zrobić już teraz, jeśli spotka cię taka sytuacja (miłość), abyś skorzystała z tego najlepiej dla siebie?
  • Zastanów się nad trzema osobami, miejscami, w których poszukasz pomocy dla siebie